Niech ten blog prowokuje do myślenia, dyskusji, kwestionowania wszczepionych nam prawd, stawiania się w roli adwokata diabła. A czasem będzie ujściem frustracji, dlaczego jest jak jest, gdy może być inaczej. Zapraszam.
Kategorie: Wszystkie | sport | społeczne | śmieszne
RSS
sobota, 29 marca 2008

Zastanawiałem się, co mnie dzisiaj natchnie do wpisu i już wydawało się, że będzie to problem zmiany czasu. Jednak to poruszył już na swoim blogu Jarek Dziubek. Nic jednak straconego - są większe głupoty!

Pomijając już fakt, jak taka godzina oszczędności przez wyłączenie światła ma się do całorocznego zużycia, przy takich akcjach ma się wrażenie, że ekolodzy naprawdę się nudzą. Czyżby ratowanie wielorybów przestało wystarczać?

Nic oczywiście nie mam przeciwko kilku ludziom nawołującym do oszczędzania energii (czy też wody, warstwy ozonowej czy czap lodowych na biegunach) - są wolnymi ludźmi i mają po temu pełne prawo. Gorzej jeśli to nawoływanie kończy się narzucaniem tych bzdur innym ludziom i wymaganie od nich, by się do tego dostosowali. Stąd już niedaleko do terroryzmu.

Dla mnie o wiele bardziej szkodliwe jest działanie państwa w kierunku utrzymania monopolu energetycznego. Przez to ceny energii nie odzwierciedlają popytu i podaży. Skoro energię mamy oszczędzać, bo zasoby się kończą, to jasne jest, że im mniej tej energii będzie na rynku, tym wyższa jej cena. Wtedy mniej jej będziemy zużywać (portfel zmusi nas do oszczędności) i sytuacja sama się rozwiąże. Natomiast kiedy są utrzymywane sztucznie zaniżone ceny, musimy prowadzić - jak w najlepszych czasach PRL - gospodarkę niedoboru, sztucznie wprowadzając akcje typu nie jemy mięsa, bo oszczędzamy. Być może ekolodzy powinni więc lobbować w parlamentach za uwolnieniem rynku energetycznego, zamiast organizować śmieszne akcje.

Nie to jest jednak najgorsze. Sprzedając tanio prąd, nie dajemy wystarczającego bodźca nauce, by szukała tańszych (tak, tańszych, nie czystszych) źródeł energii. I zamiast sytuacji, kiedy spokojnie zmienimy sposób wytważania energii na tańszy, gdy ta uzyskiwana z węgla, ropy, gazu stanie się zbyt droga, zbyt poźno obudzimy się z brakiem źródeł energii w ogóle.

Tylko że ten najczarniejszy scenariusz jakoś do mnie nie przemawia. Nawet jeśli na Ziemi zabraknie w końcu surowców, a nie opanujemy wystarczająco efektywnie energii słonecznej na przykład, to zawsze da się pozyskiwać surowce z asteroidów, tudzież sąsiednich planet - o ile wysoka cena energii "ziemskiej" usprawiedliwi takie działania. Głowa do góry, w XIX wieku w Paryżu obawiano się, co będzie, jeśli liczba powozów będzie rosła w dotychczasowym tempie - skoro do tej pory nie został zasypany łajnem, to i nam kryzys energetyczny zapewne nie grozi!

poniedziałek, 24 marca 2008

Oglądając wczoraj transmisję z Malezji, zacząłem się zastanawiać, czy Formułę 1 można w ogóle nazwać sportem. Poza skokami narciarskimi trudno byłoby mi wskazać dyscyplinę, w której tak bardzo decydowałoby szczęście. Agnieszka Radwańska wychodzi na kort i wygrywa lub nie, ale nie ma co liczyć, że akurat rywalka założy złe buty, a nawet jak pęknie jej naciąg, to tylko 1 punkt. Piłkarze wychodząc na boisko, też nie mają co liczyć na farta - rywal może być w gorszej dyspozycji, ale jak to nie jest epidemia biegunki wywołana dzisiejszym śniadankiem, to szanse zależą od umiejętności, nie od szczęścia.

Tymczasem w F1 najmniejszy błąd kosztuje zwykle pozycję, a trochę większe kończą zazwyczaj wyścig. Piszę o tym, bo Robert - jak miał pecha przez praktycznie cały zeszły sezon, włączając tegoroczną Australię - to w Malezji miał po prostu furę szczęścia. Walka Jarno Trullego z Nickiem Heidfeldem na pierwszym zakręcie wybaczyła mu błąd na starcie, kiedy mu zabuksowały koła. Jeszcze przed pierwszym pit-stopem, dobre czasy zaczął kręcić goniący go Hamilton i puf - wymiana opon trwała u Lewisa 20 długich sekund (nie wspominając o tym, że zespół źle mu je dobrał). I jakby tego było mało, Felipe Massa wykonał manewr, okrzyknięty na forach 'overtaking move of the race' - pozwolił tyłowi wyprzedzić przód, windując Roberta na 2. pozycję. Dodajmy do tego fakt, że mechanicy BMW tym razem niczego nie skopali. Zabrakło w zasadzie tylko awarii silnika w Ferrari Kimiego.

Absolutnie się zgadzam, że Robert jest świetnym kierowcą - pamiętając, że całe F1 roi się od geniuszy kierownicy, Robert na pewno ma potencjał być w ich czołówce. Niemniej do tej pory (z wyjątkiem Monzy 2006) miał wręcz niesamowitego pecha (niektórzy zaczęli już podejrzewać sabotaż wrednych niemiaszków). Jak choćby w zeszłym tygodniu w Australii - świetna pozycja startowa, a potem fatalna zmiana strategii w trakcie wyścigu, zakończona puknięciem w tył przez Nakajimę. Nawet - jeśli przyjmiemy, że Roberowi jeszcze trochę brakuje do Nicka (Heidfeld w prawie każdym wyścigu kręci lepsze czasy okrążeń), albo że 90% sukcesu w F1 to samochód, a nie umiejętności kierowcy, to i tak nie wytłumaczymy, dlaczego punktowo Robert był w zeszłym sezonie tak daleko za Nickiem.

Stąd moje pytanie, czy cała Formuła 1 to gra w chińczyka, gdzie strategia, owszem, ma pewne znaczenie, ale koniec końców liczą się rzuty kostką? I czy dyscyplinę tak losową można jeszcze nazwać sportem, w którym przecież miarą sukcesu nie powinien być fart, ale umiejętności?

A Robertowi życzę jak najlepiej. Skoro w zeszłym sezonie pech go prześladował, to może w tym los mu to wyrówna.

sobota, 22 marca 2008

Nie zawsze musi być na poważnie. Właśnie chodząc bez celu po Internecie odkryłem, że prezes Kaczyński miał jednak rację...

 

 

U wszystkich już prawie Święta, a ja sobie ten wielkopiątkowy wieczór wybrałem na założenie pierwszego bloga. Nad krokiem tym zastanawiałem się zresztą od jakiegoś czasu, nie wiedząc przede wszystkim, czy dam radę prowadzić go w miarę regularnie. No ale skoro mam czas na kilka wpisów na forach, to i 1-2 posty w tygodniu na blogu dam radę.

Do meritum. Tak sobie obserwuję burzę wokół bojkotu olimpiady. Wypowiadają się politycy, sportowcy, no i blogerzy. Najbardziej zdumiewają mnie głosy za zabronieniem sportowcom wyjazdu, czy odgórnym odcięciem TV od transmisji zawodów. No to gratuluję drugich Chin, gdzie władza decyduje, co mam robić, a czego mi nie wolno. A może by tak decyzję w sprawie bojkotu pozostawić samym zainteresowanym: sportowcom, którzy mogą jechać lub nie, firmom, które mogą olimpiadę sponsorować (lub nie), widzom, którzy mogą to oglądać (lub nie), klientom, którzy mogą kupować chińskie koszulki (lub nie), itd.?

Ale to jeszcze nic. Przeciwko czemu w ogóle protestujemy? Że mnisi w Tybecie chcą mieć własne państwo i chcą o nie walczyć? Wolna wola - czemu jednak potępiać Chińczyków, którzy chcą utrzymać jedność swojego kraju (jaki by nie był). Czy ktoś (oprócz nas. Polaków) potępia carską Rosję za krwawe tłumienie naszych powstań? Albo, żeby bardziej współcześnie: dlaczego w Mitrowicy nie pozwala się Serbom wyzwolić z niechcianego Kosowa? Ciekawe, czy gdyby Ślązacy czy Kaszubi zażądali odrębnego państwa, Warszawa bez mrugnięcia okiem by na to pozwoliła? Myślicie, że nie byłoby wtedy wojska?

Dlatego zostawmy Chiny ich własnym sprawom, a rozwiązujmy swoje problemy. W wolę świata do obrony praw człowieka uwierzę dopiero wtedy, kiedy chińskie fabryki przestaną pracować z powodu braku zainteresowania produktami made in China, a tamtejszy zdesperowany rząd wyda ostatniego dolara ze gigantycznej, ponad bilionowej rezerwy walutowej.

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31